O 1 roku na kierunku lekarskim w Lublinie słów kilka.

zamek w lublinie

Kierunek lekarski na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie jest bardzo specyficzny. Przede wszystkim przez wprowadzone 3 lata temu nauczanie modułowe, które wywróciło całą dydaktykę do góry nogami.

Pierwszy rocznik, u którego wprowadzono moduły miał sesję ciągłą. Oznacza to, że nie musieli pisać pod koniec roku egzaminu z całości, tylko zaliczali po kolei kolokwia z następujących po sobie działów. Wydaje się, że jest to najłatwiejszy tryb zdawania materiału, najbardziej przyjazny szybkiemu zapamiętywaniu i jeszcze szybszemu wyrzucaniu z pamięci. W każdym razie… myśmy zazdrościli bardzo 😉

Od kolejnego rocznika wymagano więcej. Niefortunnie, trafiło na mnie. Połączono modułową sesję ciągłą, czyli kolokwia kończące każdy moduł, wraz z końcowymi egzaminami i zaliczeniami. A nauki i bez egzaminów byłoby całkiem sporo.

Oczywiście króluje święta trójca przedmiotów przedklinicznych: anatomia, fizjologia i histologia. Do tego trio w drugim semestrze dochodzi biochemia, także kończąca się ”całościowym” zaliczeniem dopiero po pierwszym semestrze 2 roku. W tym wszystkim czają się jeszcze pomniejsze przedmioty, takie jak PAM (Psychospołeczne Aspekty Medycyny), biofizyka, czy też chemia medyczna. Na pierwszym roku są jedynie dwa przedmioty kliniczne: Podstawowe Techniki Ratowania Życia oraz Podstawowe Umiejętności Kliniczne. Na PUKu uczyliśmy się czynności, które mieliśmy potem wykonywać na praktykach.

Anatomia – królowa 1 roku

O tym wyjątkowym przedmiocie pisałem wraz z Ingą w innym wpisie, link do niego tutaj 🙂

Fizjologia – drugie miejsce na podium

Moim zdaniem o wiele przyjemniejsza od anatomii. Niestety, zostawało na nią stosunkowo mało czasu – tyle co ”wieczór i noc” przed zajęciami. Szczerze współczuję kolegom, którym w ten sam dzień wypadała razem z anatomią i histologią. Noc zarwana murowana.

Obowiązującym podręcznikiem był Konturek, ale osobiście uczyłem się głównie ze skryptów i dawałem radę. Wybór wynikał oczywiście z braku czasu na doczytanie w podręczniku. Na początku zajęć wita nas zawsze opisowa wejściówka. Dalej omawiamy temat i czasem zdarzą się praktyczne czynności do wypróbowania. Najlepiej zapamiętałem spirometrię (może dlatego, że mi tak dobrze poszła ;)), ekg i zabawę z grupami krwi.

Same kolokwia także były opisowe. Trudność w ich pisaniu zależała głównie od tego, czy umiesz się ładnie rozpisać na każdy z 5 podanych tematów. Jeżeli miało się z nich odpowiednio wysoką średnią można było załapać się na zerówkę. Mnie się nawet udało ją oblać 🙂 Sam egzamin moim zdaniem był okej, ale połowa roku nie zdała.

Histologia – przedsmak patomorfologii

Nad histologią spędzałem zdecydowanie najmniej czasu. Obowiązującym nas podręcznikiem był Zabel, ten mniej obszerny z używanych powszechnie na uczelniach. Pytania na kolosach potrafiły jednak mocno poza niego wykraczać, jakby były układane na podstawie bardziej szczegółowego Sawickiego.

Teoretycznie histologia była połączona z embriologią. Niestety ucierpiała na tym embriologia, przynajmniej ja po tym wszystkim nawet nie wiedziałem, ile trwa ciąża. Więc czy rzeczywiście przyswoiłem wiedzę z embrio? Oj, wątpię :D. Na tym przedmiocie również witała nas wejściówka z teorii. Po niej następowała bardziej przyjemna część – oglądanie szkiełek pod mikroskopami. Mieliśmy je rysować w zeszycie, choć nikt nam nigdy tego nie sprawdził.

Zajęcia udawało nam się czasem skończyć szybciej, co było tak bardzo ewenementem, jak i wielkim szczęściem na 1 roku. Egzamin składał się z testowej części teoretycznej oraz praktycznej, na której trzeba było rozpoznać 10 szkiełek ze zbioru 110.

Reszta przedmiotów

Biochemia

Dla mnie najgorszy przedmiot ever. Trwa dwa semestry i zakończony jest egzaminem w sesji zimowej na drugim roku. Rozpoczyna się niewinnie, by później równo podkładać kłody pod nogi. Obowiązującym podręcznikiem jest Bańkowski. Na katedrze zarzekają się, że będzie zmieniony na Lippincott, ale to już któryś rok z kolei. Dla mnie przedmiot nie do wkucia, wejściówki mega trudne, poprawy też. Skłamałbym jednak, gdybym napisał, że wszyscy cierpią na biochemii – znam paru biochemicznych świrów. Trzeba zdać wszystko, by pod koniec pierwszego roku podejść do zaliczenia, a w kolejnym semestrze do egzaminu. Laboratoria na szczęście były bardzo przyjemne.

Biofizyka

Przedmiot który raczej nie powinien sprawić nikomu problemu. Zdarzają się bardziej skomplikowane tematy, które potrafią być mega dziwne. Czasem po prostu trzeba wykuć na pamięć wzory i wierzyć, że je rozumiesz. Same ćwiczenia były ciekawe, praca w parach z urządzeniami i wypełnianie raportów. Egzamin był dość trudny, ale do zdania.

Chemia medyczna

Jedna z najbardziej prostudenckich katedr na czele z prof. K. Bardzo fajne wykłady, laboratoria z wejściówkami, które można było oblać. Prosty egzamin, sama przyjemność.

PAM

Szczerze mówiąc, to nie pamiętam co było omawiane na pierwszym roku… Chyba były to jakieś tematy z zakresu psychologii. Zajęcia w formie seminariów, co semestr zaliczenie końcowe. Ogółem luz.

PTRŻ

Podstawowe Techniki Ratowania Życia. Cały podstawowy kurs BLS z możliwością uzyskania certyfikatu, zakończony zaliczeniem. Pierwsze praktyczne zajęcia i jedyne w pierwszym semestrze.

PUK

Podstawowe Umiejętności Kliniczne to najprzyjemniejszy przedmiot na roku. W końcu była to pierwsza praktyka z prawdziwego zdarzenia. Zajęcia w całości odbywają się w Centrum Symulacji Medycznej. Uczymy się procedur, które będziemy wykonywać na praktykach (wpis o nich tutaj!). Między innymi osłuchujemy, mierzymy ciśnienie, wykonujemy zastrzyki domięśniowe, czy też zakładamy wenflony i cewniki. Oczywiście wszystko nie na sobie, tylko na fantomach ;). Przedmiot zakończony był zaliczeniem praktycznym, polegającym na wykonaniu dwóch wcześniej wylosowanych czynności. Sama przyjemność w piekle pierwszego roku.

Reszta

  • Klasycznie język, ja wybrałem angielski, kurs trwa trzy semestry.
  • Metodyka badań naukowych, na którą trzeba napisać artykuł o wybranej chorobie na podstawie badań.
  • BHP, jeden czy dwa wykłady.
  • Następny rocznik po mnie miał już chyba WF.